Jak oolong się „ ulungł ’’? Słów kilka o herbacianej tradycji epoki PRL
Share
Błękitna puszka z chińskimi znakami, szklanka w metalowym koszyczku i wrzątek, który nie znał litości. W czasach, gdy herbata „Popularna” rządziła codziennością, pojawienie się oolonga było jak wizyta gościa z innej galaktyki.
Choć subtelność dalekowschodnich liści przegrywała u nas starcie z polską tradycją parzenia „siekiery”, to właśnie w oparach duralexu narodziła się legenda herbaty, którą każdy znał, ale mało kto potrafił wymówić. Oto historia o tym, jak w realiach gospodarki niedoboru szlachetny chiński specjał stał się swojskim „ulungiem”.

W czasach, gdy szczytem luksusu była puszka szynki „Polish Ham”, a w radiu leciały przeboje Anny Jantar, świat polskiej herbaty był podzielony na dwie sfery: tę codzienną, pylistą i tę „od święta”. To właśnie w tej drugiej, gdzieś pomiędzy kawą Marago a eksportową czystą, narodził się on – legendarny, choć dla wielu niezrozumiały, chiński oolong. A w zasadzie, w polskim wydaniu: „ulung”.
Tradycja herbaciana PRL-u nie uznawała kompromisów. Herbata miała być mocna, dawać „kolor” i parzyć się w szklance osadzonej w metalowym lub plastikowym koszyczku. Kiedy więc na półki „Społem” trafiały niebieskie lub czerwone puszki z napisem Oolong Tea, zaczynał się kulturowy zgrzyt. Nasze podniebienia, przyzwyczajone do cierpkiego smaku indyjskiego Madrasu, nagle spotkały się z czymś, co pachniało inaczej, wyglądało na „niedoparzone” i miało liście, które po zalaniu wrzątkiem zajmowały połowę szklanki.

Dziś wiemy, że prawdziwy oolong to poezja balansu – herbata „turkusowa”, zawieszona w pół kroku między świeżością zieleni a głębią czerni. Oryginalne liście, zwijane cierpliwie w małe kuleczki, wymagają szacunku: miękkiej wody, precyzyjnej temperatury i porcelany, która pozwoli im rozkwitnąć nutami orchidei, brzoskwini czy miodu. To napar, który ma „oddech” i zmienia się z każdym zalaniem.
Jednak w czasach „ulunga” nikt nie bawił się w taką metafizykę. Oolonga traktowano metodą siłową, wrzątkiem prosto z emaliowanego imbryka, który od rana gwizdał na gazie. W efekcie ta subtelna, półfermentowana herbata, która w Chinach jest przedmiotem nabożnej czci, u nas stawała się naparem walki – gorzkim, potężnym i dumnie pływającym między fusami, które trzeba było odcedzać zębami.

Picie oolonga w PRL-u było deklaracją. Wyciągnięcie puszki przy gościach na imieninach oznaczało: „mam dojścia” albo „stałem w odpowiedniej kolejce”. Herbata ta, obok herbatnika „Be-Be” i kryształów w witrynie, stanowiła element domowego prestiżu. Choć większość piła go z przymusu (bo akurat „rzucili”), to właśnie te niebieskie puszki stały się ikoną. Często, gdy zawartość dawno się skończyła, puszka służyła jeszcze latami jako pojemnik na guziki, gwoździe albo... gorszej jakości herbatę sypaną.
Dziś, gdy oolonga parzymy świadomie, warto wspomnieć tamten czas. Czas, gdy herbata była przygodą, a „ulung” – mimo że parzony wbrew wszelkim zasadom sztuki – smakował jak najprawdziwsze okno na świat.

I tak oto szlachetny chiński mędrzec trafił pod strzechy, gdzie zamiast medytacji czekała na niego twarda woda z kranu i emocje przy partyjce brydża. Można by rzec, że oolong w polskim wydaniu przeszedł przyspieszony kurs asymilacji. Bo choć w Chinach celebruje się go godzinami, u nas musiał radzić sobie sam w gęstwinie dymu z „Popularnych” i w hałasie imieninowych anegdot. Ostatecznie ta herbaciana legenda przetrwała próbę czasu, choć w nieco poturbowanej formie. Bo przecież w całej tej historii nie chodziło o idealną temperaturę wody czy stopień zwinięcia liścia, ale o ten dreszczyk egzotyki w szarym bloku. Szlachetny chińczyk po prostu u nas „osiadł”, przywykł do towarzystwa wuzetki i – tak się nam ten oolong po polsku „ulungł”, że do dziś na widok błękitnej puszki czujemy w ustach smak tamtej, nieco gorzkawej wolności.
- Iwona Zaczat -