Gruziński Feniks
Share
Przemyt nasion w bambusowym kiju, złoty medal w Paryżu i wielka katastrofa radzieckiej masówki - oto początki tej fascynującej opowieści.
Choć Gruzja kojarzy się dziś głównie z winem, w jej żyłach od pokoleń płynie herbaciany napar. Przez dekady zapomniana i zarośnięta paprociami, dziś gruzińska herbata powraca na salony dzięki uporowi marzycieli i bałtyckich „renegatów”. Oto historia „gruzińskiego feniksa”, który w swojej filiżance mieści słońce Kaukazu, zapach wolności i dowód na to, że prawdziwa pasja zawsze odrodzi się z popiołów.
Kiedy myślimy o Gruzji, przed oczami stają nam winnice Kachetii, strzeliste wieże Swanetii i stoły uginające się od chaczapuri. Jednak mało kto pamięta, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu to nie wino, a herbata była „paliwem” napędzającym ten kaukaski kraj. Dziś, po latach zapomnienia, gruzińska herbata przeżywa swój wielki powrót, otrzepując liście z pyłu historii, by znów parować w naszych filiżankach.

Wszystko zaczęło się od wielkiego fortelu, który przypomina scenariusz filmu szpiegowskiego. W połowie XIX wieku książę Miha Eristavi, zafascynowany chińskim naparem, postanowił rzucić wyzwanie monopolowi Państwa Środka. Ponieważ wywóz nasion herbaty był wówczas karany śmiercią, książę uciekł się do podstępu: ukrył drogocenne nasiona wewnątrz wydrążonego, bambusowego kija, który udawał zwykłą laseczkę podróżną. To właśnie te kilka ziaren stało się genetycznym fundamentem gruzińskiego cudu, a ich pierwszą ojczyzną stała się Guria.
To na jej czerwonych ziemiach Eristavi założył w 1847 roku pierwszą plantację. Jednak aby marzenie księcia stało się potęgą, potrzeba było kogoś z wizją i kapitałem. Kilkadziesiąt lat później rosyjski kupiec Konstantin Popow postawił wszystko na jedną kartę. Po wyprawach do Chin sprowadził to, co najcenniejsze: chińskiego mistrza Lao Jin Zhao. Dzięki tej współpracy gruzińska herbata zdobyła w 1900 roku złoty medal na wystawie w Paryżu, pokonując światowe potęgi.

Potem przyszły czasy radzieckie – epoka wielkiej chwały i bolesnego upadku, gdy Gruzja stała się czwartym eksporterem herbaty na świecie. To wtedy cała Polska nuciła za Filipinkami o herbacianych polach Batumi, które jak marzenie powracają w snach. Niestety, ilość szybko zabiła jakość. Maszyny zastąpiły delikatne dłonie zbieraczek, a dbałość o aromat przegrała z planami pięcioletnimi. Gdy Związek Radziecki upadł, plantacje zdziczały, zarosły paprociami, a fabryki zamieniły się w ruinę. Ale feniks ma to do siebie, że odradza się w najmniej oczekiwanym momencie.

Od kilkunastu lat w Gruzji trwa cicha rewolucja. Grupa pasjonatów z Estonii i Litwy, znana jako Renegade Tea Estate, porzuciła bezpieczne posady w korporacjach, by zmierzyć się z gruzińską dżunglą. Przejęli oni opuszczone plantacje i z uporem godnym dawnych pionierów zaczęli przywracać je do życia, stawiając na rzemiosło i ekologię.
Dziś gruzińska herbata rzemieślnicza to zaprzeczenie masówki – jest subtelna, miodowa i wolna od chemii. Kiedy następnym razem sięgniesz po filiżankę złocistego naparu z Kaukazu, pamiętaj o bambusowym kiju księcia Eristaviego, odwadze Konstantina Popowa, cierpliwości mistrza Lao i piosence o Batumi. Pijesz historię, która – choć niemal spłonęła w ogniu dziejowych przemian – odrodziła się z popiołów.

Historia zatoczyła pełne koło. To, co zaczęło się od ucieczki z nasionami w kiju, trwa dzięki ucieczce z wygodnych biur wprost w objęcia herbacianej dżungli. Gruziński feniks nie potrzebuje już szpiegowskich forteli ani radzieckich kombajnów; wystarczy mu para rąk, która potrafi odróżnić chwast od skarbu. Pijąc ten napar, warto uśmiechnąć się do własnych marzeń – skoro herbata potrafiła wrócić z niebytu po dekadach zarastania paprociami, to znaczy, że dla prawdziwej jakości czas nie jest przeszkodą, a jedynie przyprawą, która nadaje całości głębokiego, miodowego aromatu.
Zatrzymaj się na chwilę i wejdź głębiej — ta herbata nie opowiada o feniksie, ona nim jest.
- Iwona Zaczat -